Kultura i sztuka 1945-1989

22.04.2019

Śladami Józefa Czapskiego, czyli Marcel Proust w sowieckim łagrze

Malarz Józef Czapski, data nieznana. Fot. PAP/reprodukcja Malarz Józef Czapski, data nieznana. Fot. PAP/reprodukcja

Czapski rzucił na mnie tak niewiarygodny czar, że było to podobne do uczucia zakochania. A Marcel Proust był dla mnie źródłem zrozumienia życia i sztuki. I to on pozwolił mi odkryć Czapskiego - mówi Eric Karpeles, autor biografii malarza „Prawie nic”.

Polska Agencja Prasowa: Czy to była miłość od pierwszego wejrzenia?

Eric Karpeles: W dużej mierze tak. Przez wiele lat nie miałem pojęcia, że ktoś taki istniał. Jednak pewnego dnia dostałem przesyłkę z Paryża. Przyjaciel wysłał mi pocztą książkę poświęconą Marcelowi Proustowi. Zrobił to, bo wiedział, że fascynuję się tym pisarzem, że będąc malarzem pisałem o obrazach w jego twórczości. Kiedy dowiedział się, że pewien polski malarz Józef Czapski także napisał książkę o Prouście, postanowił mi ją przysłać. Zawierała ona wykłady, jakie wygłosił on w rosyjskim obozie jenieckim w Griazowcu. Siedem godzin później, kiedy udało mi się od niej oderwać, stwierdziłem, że tekst jest godny uwagi, choć nie dowiedziałem się chyba z niego zbyt wielu rzeczy, których bym wcześniej nie wiedział. Ale Czapski rzucił na mnie tak niewiarygodny czar, że było to podobne do uczucia zakochania.

PAP: Czyli miłość od pierwszej książki. Robi ona wrażenie, szczególnie, gdy ma się świadomość, w jakim miejscu powstała. Był rok 1940, Czapski jako jeden z ostatnich jeńców został przeniesiony z obozu w Starobielsku do obozu w Griazowcu. Wyobrażał pan sobie, w jakich warunkach opowiadał współwięźniom o francuskim pisarzu?

E.K.: Już sam kontrast między wszystkim tym, co Proust opisuje we "W poszukiwaniu straconego czasu", między barwnym światem arystokracji, wyrafinowanych, eleganckich ludzi, a rzeczywistością radzieckiego łagru, robi nieprawdopodobne wrażenie. Rozziew między tymi światami jest jeszcze większy, gdy uświadomimy sobie dobitnie, że słuchający Czapskiego ludzie byli głodni, zamarznięci, gryzły ich wszy. A on mówił do nich po francusku, opowiadał o księżnej Orianie de Guermantes, Charlesie Swannie i Odecie. Wyobrażając to sobie, jeszcze lepiej zrozumiałem, czego uczy nas Proust, jak rozróżniać życie we własnym umyśle i życie w świecie zmysłów; w jaki sposób uwolnić się od tyrani świadomości i otworzyć na podświadomość. Proust nazywa ten proces pamięcią mimowolną. Gdy bierze magdalenkę i macza ją w herbacie, powraca przeszłość.

PAP: Do pana też powróciła przeszłość, gdy czytał pan wykłady Józefa Czapskiego?

E.K.: Tak, książka ta dotknęła mnie na bardzo prywatnym poziomie. Mój ojciec podczas II wojny światowej był jeńcem wojennym zestrzelonym nad Niemcami. Musiał przeżyć tam rzeczy straszne, bo wrócił do domu jako zupełnie załamany mężczyzna. To było jeszcze zanim ja się urodziłem. Ludzie, którzy go znali przed wojną, mówili mi, że to jest już inny człowiek. On nie chciał opowiadać o tym, co się tam wydarzyło. Kiedy dorosłem, zrozumiałem, że starał się mnie w ten sposób chronić. Czytając książkę Czapskiego, nagle miałem bezpośrednią możliwość wejścia w jego doświadczenia. Czapski stał się dla mnie mostem do własnego ojca.

PAP: Kiedy doszedł pan do wniosku, że napisze biografię polskiego pisarza i malarza?

E.K.: Najpierw zająłem się tłumaczeniem jego książki z francuskiego na angielski. Zdałem sobie wtedy sprawę, że Amerykanie nie znają zupełnie kontekstu, w jakim ona powstała. Uznałem, że należy wyjść poza tę małą książeczkę Czapskiego o Prouście i opowiedzieć coś więcej. I tak postanowiłem napisać biografię. Nie miałem pojęcia, w co się pakuję, ruszając śladami mojego bohatera. Trwało to wiele lat i na każdym kroku Czapski mnie w jakiś sposób zaskakiwał. Były to rzeczy równoległe do mojego doświadczenia, z którymi mogłem się identyfikować na wielu poziomach. Oprócz wspomnianej już historii mojego ojca, ważny był sam Marcel Proust, fakt, że Czapski, który był tak jak ja malarzem, postanowił napisać o nim książkę, co ja też zrobiłem. Potem dowiedziałem się, że pisał też Paulu Cezannie. A tych dwóch gigantów sztuki stanowi podstawę moje własnej edukacji i estetyki. Musi pani przyznać, że jest coś niecodziennego w tym, że człowiek odnajduje na swojej drodze kogoś takiego.

PAP: Zaskakujący jest też tytuł pana książki - "Prawie nic".

E.K.: Tytuł ten z jednej strony ma mocne odniesienie do Prousta, który twierdził, że to co wydaje się nam "wszystkim", tak naprawdę jest tylko iluzją. To "wszystko" się rozbija na doświadczenia i wizje. I to dopiero one łączą się we "wszystko", a pojedynczo są prawie niczym. Kiedyś pewien krytyk rozmawiał z Czapskim na temat jego obrazów. Nie mógł zrozumieć, dlaczego jego malarstwo ukazuje codzienne zdarzenia, banalnych ludzi. Malarz przyznał mu rację, że to jest rzeczywiście "prawie nic". Ale dodał, że to "prawie nic - jest wszystkim".

PAP: Zdziwienie krytyka mógł wzbudzić fakt, że w czasach, kiedy dominowała abstrakcja, Czapski pozostał wierny malarstwu figuratywnemu. Dlaczego?

E.K.: Posiadał wystarczająco dużą inteligencję i elokwencję, by zdawać sobie sprawę z tego, że jego przekonania są niezgodne z duchem czasu. Znał się na sztuce na tyle dobrze, że wiedział, iż ma wybór między malowaniem abstrakcyjnym, które postawi go w światłach rampy, a figuratywnym, które sprawi, że pozostanie w cieniu. Uznał, że woli pozostać w cieniu, za to być wiernym sobie. Takie obrazy, jak "Lampa i umywalka" czy "Mężczyzna na wystawie" świadczą o tym, że był przekonany, iż jego płótna powinny oddawać to, co stanęło mu przed oczami.

PAP: Po wojnie malował w Maisons-Laffitte, w malutkim pokoju pełnym pędzli, farb, książek i artystycznego bałaganu. Tak skromne warunki, panujące w tym miejscu, raczej nie przystawały do obrazu arystokraty, który przed wojną należał do niebywale bogatej rodziny. Jak się czuł w siedzibie paryskiej "Kultury"?

E.K.: Rzeczywiście, Józef Czapski urodził się w zamożnej rodzinie, mającej koneksje w całej Europie. Nie był jednak rozpuszczonym dzieckiem, choć jego przyszłość rysowała się w sposób dość oczywisty. Jako najstarszy syn miał odziedziczyć całe bogactwo i rodzinny prestiż. Ale gdy skończył 22 lata, wybuchła wojna i cały ten świat runął. Pozostały jedynie marzenia. Oczywiście to nie on zdecydował o tym, że będzie żył życiem biedaka. To mu się po prostu przydarzyło. Ale tak naprawdę sfera materialna nie była dla niego ważna. Wystarczało mu, że miał pieniądze, by kupić farby, pędzle, blejtramy.... On wprawdzie urodził się arystokratą, ale w środku zawsze był członkiem bohemy. Choć niezależnie od tego, czy miał pieniądze czy nie, w Paryżu razem z siostrą Marynią byli traktowani jako członkowie arystokracji. Spotykali się socjetą, która uznawała ich za hrabiego Czapskiego i hrabinę Czapską. To odróżniało ich od innych artystów.

PAP: Jak układały się stosunki Czapskiego z Jerzym Giedroyciem?

E.K.: Spotkali się na Bliskim Wschodzie w armii generała Andersa. Tam zaczęli ze sobą rozmawiać i ta rozmowa trwała 60 lat, choć Czapski utrzymywał, że to nie była konwersacja, ale raczej monolog Giedroycia. Redaktor był w stanie dać Czapskiemu miejsce na ziemi, czyli Maisons-Laffitte, za to Czapski dawał mu swój czar. Dzięki niemu mógł prezentować kulturę polską na całym świecie. Giedroyc nazywał go nawet swoim ministrem spraw zagranicznych. Często podróżował i zbierał dla "Kultury" pieniądze, dzięki czemu Giedroyc pozwalał pisarzom robić to, co umieli najlepiej, czyli pisać. Tak samo postępował z Czapskim. To, że był on też malarzem, uważał za sprawę drugorzędną. A dla Czapskiego malarstwo było z biegiem czasu coraz ważniejsze. Tak zaczął się rozdźwięk między nimi.

PAP: Prawdopodobnie Giedroyc nie rozumiał dwoistości, jaka cechowała Czapskiego - malarza i pisarza; homoseksualisty całe życie utrzymującego kontakty z kobietą, która się w nim kochała. Czy był on człowiekiem rozdartym?

E.K.: Nie jestem pewien, czy to było rozdarcie. W każdym razie nie było w nim żadnego dramatu z powodu preferencji seksualnych. Seksualność to sfera życia, którą nie rządzą żadne mapy, drogowskazy. Czapski jako malarz i Czapski jako kochanek był zawsze otwarty na nowe doświadczenia. Pociągali go zarówno mężczyźni, jaki i kobiety. To wypływało z jego wnętrza. Szedł za instynktem. Najważniejsza była prawda, bycie w zgodzie z samym sobą.

PAP: Jego bliskim przyjacielem był w Paryżu Kot Jeleński. Jak wyglądały ich relacje?

E.K.: Kolejny mężczyzna, o którym można powiedzieć, że nie ma czegoś takiego jak homoseksualizm, są tylko czyny homoseksualne. Jeleński był młodszy od Czapskiego o ćwierć wieku. Przyjechał do Paryża z Rzymu ze swoim amerykańskim kochankiem, podążając za uczuciem do malarki Leonory Fini. Odnalazł Czapskiego, stanął w jego progu, tak jak tylko może stanąć piękny i niebywale inteligentny młody człowiek i powiedział - "oto jestem". Nie wydaje mi się, żeby kiedykolwiek byli kochankami. Natomiast byli bardzo bliskimi przyjaciółmi. Najważniejszym aspektem w ich relacji było to, że Czapski ufał mu bezwzględnie, jeżeli chodzi o poglądy estetyczne. Nie było nikogo innego, komu chciałby pokazywać swoje obrazy, nie było nikogo przed czyim sądem by się trząsł tak, jak przed sądem Kota. Problem polegał tylko na tym, że miał on bardzo niski poziom tolerancji dla Leonory. To uczucie było przez nią odwzajemniane. Ale w przeciwieństwie do niej rozumiał, że zachować przyjaźń Kota może tylko wtedy, gdy będzie oddawał hołdy tej kobiecie.

PAP: Jeleński był dla niego tak ważny, że pozwalał mu się krytykować.

E.K.: Jeleński, który kochał Czapskiego, rozumiał swoją rolę w jego życiu i ją odgrywał. Nie było to dla niego łatwe, bo przecież był o 25 lat młodszy. Jednak starał się być dla przyjaciela sędzią oceniającym jego twórczość, nawet jak musiał robić to wbrew sobie.

PAP: Czy był w Paryżu ktoś jeszcze tak ważny dla Czapskiego?

E.K.: Tak jak Kot Jeleński raczej nie, szczególnie jeżeli chodzi o sprawy związane z twórczością malarską. Bez wątpienia ważną rolę w jego życiu odgrywał jeden z księży pallotynów, szczególnie w kwestiach duchowych. Czapski był zainteresowany Bogiem i głębokimi relacjami z ludźmi, którzy odeszli. Jak choćby z matką, która umarła, gdy miał zaledwie sześć lat. Ważną rolę odegrała też w tej kwestii Simone Weil. Nigdy jej nie spotkał, umarła w 1943 r. Ale zaraz po wojnie zostały opublikowane jej prace. Czapski zaczął je czytać i tak nawiązała się bardzo mocna duchowa więź Czapski – Weil – Bóg.

PAP: Czy pomagała mu ona w poradzeniu sobie z traumą związaną z zamordowaniem w Katyniu jego kolegów z obozu w Starobielsku?

E.K.: Bez wątpienia tak, ale z taką traumą nie można do końca sobie poradzić. Zawsze zostaje emocjonalna blizna. On był bardzo przez to poraniony, był jednym z tak niewielu jeńców, którzy przeżyli i nie wiedział, dlaczego tak się stało. Przez całe życie niósł ze sobą to doświadczenie, co było jeszcze trudniejsze w czasie, kiedy światem targały takie burze, że wymordowanie 22 tysięcy polskich oficerów było tylko małą kropelką w oceanie nieszczęść. On wziął na siebie ciężar pamięci o swoich kolegach. Niósł go przez ponad 50 lat, od 1940 r., kiedy ci ludzie zniknęli, aż do 1992 r., kiedy Sowieci na polecenie prezydenta Borysa Jelcyna, przekazali prezydentowi RP Lechowi Wałęsie główne dokumenty dotyczące sprawy katyńskiej, przyznając się do tego, co zrobili. Wtedy Czapski miał 96 lat. Rok później zmarł. Był w stanie żyć przez te wszystkie lata tylko dlatego, że trzymał w rękach transparent głoszący prawdę. Wojciech Karpiński tego dnia był w Maisons-Laffitte. Opowiadał, że Czapski leżał w łóżku. Gdy się dowiedział, że prawda wyszła wreszcie na jaw, zakrył głowę prześcieradłem i poprosił, żeby zostawić go samego. Mógł już spokojnie odejść.

PAP: Ostatnie chwile spędził w Maisons-Laffitte.

E.K.: Kiedyś upadł na poddaszu i leżał długo na ziemi. Nim go znaleziono, minęło sporo czasu. Zapytany później, jak go spędził, odpowiedział, że rozmyślał o Prouście.

PAP: Mam wrażenie że Proust pomagał mu w życiu. To ważne mieć kogoś takiego, kto sprawia, że życie staje się znośne. Czy dla pana kimś takim jest Józef Czapski?

E.K.: Jak najbardziej. Z tą różnicą, że najpierw Proust był dla mnie źródłem zrozumienia życia i sztuki. I to on pozwolił mi odkryć Czapskiego.

Rozmawiała Magda Huzarska-Szumiec

Eric Karpeles jest amerykańskim malarzem i pisarzem, absolwentem nowojorskiego Arts Students League i członkiem Czesław Miłosz Institute w kalifornijskim Claremont McKenna College. Napisał książki takie jak: "Paintings in Proust: A Visual Companion to +In Search of Lost Time+", "Józef Czapski: Apprenticeship of Looking", będącą monografią obrazów i rysunków artysty. Jest też autorem przekładów na język angielski "Prousta w Griazowcu" Józefa Czapskiego (z francuskiego oryginału), a także biografii Prousta "Il cappotto di Proust" Lorenzy Foschini. Książka "Prawie nic" ukazała się nakładem wydawnictwa Noir Sur Blanc. (PAP)

mhs/ wj/

Wszelkie materiały (w szczególności depesze agencyjne, zdjęcia, grafiki, filmy) zamieszczone w niniejszym Portalu chronione są przepisami ustawy z dnia 4 lutego 1994 r. o prawie autorskim i prawach pokrewnych oraz ustawy z dnia 27 lipca 2001 r. o ochronie baz danych. Materiały te mogą być wykorzystywane wyłącznie na postawie stosownych umów licencyjnych. Jakiekolwiek ich wykorzystywanie przez użytkowników Portalu, poza przewidzianymi przez przepisy prawa wyjątkami, w szczególności dozwolonym użytkiem osobistym, bez ważnej umowy licencyjnej jest zabronione.
Do góry

Walka
o niepodległość
1914-1918

II Rzeczpospolita

II Wojna
Światowa

PRL